//////

Tecumseh

GĘSTY SZPALER WIERZB

Gęsty szpaler wierzb i przybrzeżnych trzcin zakrywał pole widzenia. Dlatego też nie mogli dojrzeć, czy rzeczywiście na < rzece znajduje się czółno Kosa. A jeśli nie odpłynął? Jeśli to podstęp — powiedział Jo­hann. — Może chce przekonać się, czy nie jest śledzony?I to możliwe — rzekł Tomasz.Co ty zrobiłbyś na jego miejscu? — Gunter rzucił pytanie do Jerry’ego i nie czekając odpowiedzi ciągnął: — Bo ja wpły­nąłbym niedaleko stąd w trzciny i cierpliwie czekał.Słusznie.Wobec tego pójdziemy brzegiem lasu do naszego czółna i tam spokojnie poczekamy na tego ptaszka. Zobaczycie, czy nie miałem racji!

W STRONĘ JEZIORA ERIE

Opuścili brzeg rzeki i pośpieszyli w stronę jeziora Erie. Las  tutaj był często nawiedzany przez licznych mieszkańców Detroit,  dlatego też jego skrajem biegła utarta ścieżka. Posuwali się więc  szybko, nie tracąc czasu na rozmowy. Dopiero gdy dotarli do  miejsca, gdzie pozostawili swą łódź, wrócili do poprzednich  rozważań. A jeśli Kos zrezygnuje z podróży szlakiem wodnym? Wów­czas nigdy nie doczekamy się go nad rzeką — Tomasz zaczął wątpić w słuszność obranej drogi.Nonsens! — powiedział Gunter. — Ma przecież rozkaz jak najszybciej dostarczyć list do Wayne, a najszybciej to znaczy łodzią.

OKRZYK RADOŚCI

Gunter o mało nie krzyknął z radości na widok znienawidzo­nego żeglarza. Sprytny Kos nie wywiódł go w pole. Gdyby jednak Johann nie zrobił z konaru swego obserwatorium, kto wie, czy dostrzegliby płynącego Kosa. Kiedy łódź przemknęła pod olchą i znikła z oczu, ostrożnie, aby nie robić niepotrzebnego hałasu, Gunter zszedł na ziemię. Connelowie siedzieli znudzeni oganiając się od komarów złorzeczyli.Miałem rację! — zawołał Johann. — Przed chwilą przepły­nął obok nas!Zerwali się obaj. Z niedowierzaniem patrzyli na Guntera.Płynął tuż przy nadbrzeżnych szuw arach, zachowując indiańską ostrożność  opowiadał dalej Johann. Stąd należy przypuszczać, że obawia się pościgu lub za­sadzki. Musimy być czujni — przestrzegał jak zwykle rozważny Tomasz. Gunter poklepał Connelów po ramionach.

PEŁEN ZADOWOLENIA

  • Płyniemy za nim — powiedział z uśmiechem, pełnym zado­wolenia.  Ale zachowujcie się cicho i miejcie oczy otwarte. Spuścili łódź na wodę, wsiedli i wydostali się bez pośpiechu r z szuwarów. Bardzo wolno ruszyli za Kosem, f Mijały dni i noce. Bywało tak, że widzieli jego canoe na linii horyzontu, wówczas kryli się w przybrzeżnych zaroślacłu Pozostało im już tylko kilkanaście mil drogi jeziorem Erie. Po­stanowili przed wypłynięciem na wody Maumee River zakończyć sprawę. Znajdowali się wprawdzie na terytorium kontrolowa­nym przez patrole wojskowe z fortu Detroit i Miami, zasiedlo­nym przez pionierów, ale był to przecież nadal obszar dzikiej kniei, w której koczowali Indianie, rojący się od traperów, handlarzy i różnych włóczęgów. Nie było co dalej zwlekać. Należało wykorzystać najbliższą okazję.

DWUKROTNY KRZYK SOWY

 Czółno starannie ukryli w nadbrzeżnych krzakach, a sami roz­dzielili między siebie zadania. Gunter miał podkraść się do obozowiska Kosa, a Connelowie odnaleźć jego canoe. Ustalili, że sygnałem wzywającym do powrotu będzie dwukrotny krzyk sowy. Rozeszli się w różnych kierunkach: Gunter ze strzelbą gotową do strzału szerokim łukiem podążył w stronę ogniska, Tomasz ;na północ, zaś Jerry na południe. Szukanie łodzi było pracą niełatwą. Wprawdzie – księżyc, gwiazdy rozlewały jasną poświatę, ale w zaroślach zalegała ciemność. Przy tym nie wolno było robić hałasu, bo nocą każdy odgłos słychać daleko, zwłaszcza nad wodą.

SMUKŁA SYLWETKA KOSA

Ledwie trzej trampi wsiąkli w mrok, z krzaków okalających zatoczkę wyłoniła się smukła sylwetka Kosa. Dranie!  szepnął.  Wywiodę was w pole. Koniec wa­szego pościgu. Zginiecie od własnej broni.Zaczął przeszukiwać zarośla. Odnalazł czółno i wyciągnął je na brzeg. Nożem powycinał otwory w dnie. Wraz z łopatkami wioseł i całym bagażem zepchnął łódź na wodę. Chwilę stał patrząc, jak napełnia się wodą i zaczyna tonąć, po czym ruszył wybrzeżem na południe, czujnie nasłuchując. Gdy docierał do wysokich trzcin i zbitych łozin, dobiegły go niepokojące odgło­sy.  W mroku zamajaczyło coś na tle zarośli. Ukrył się więc w cieniu. Kilkanaście metrów od niego przemknęła ludzka po­stać. Przeczekał chwilę i pełen niepokoju zbliżał się do miejsca, gdzie zostawił swoją łódź.